Witamy w piaskownicy! czyli cierpliwości ciąg dalszy



Piaskownica i jej okolice. Ten moment, gdy twoje dziecko jest już wystarczająco duże, by usiąść na piasku i go jeść... wróć- bawić się nim. Wspaniały czas. Łopatka, grabki, może jakieś wiaderko czy foremka i hyc do piachu! Dokopanie się do mokrego, by zrobić babkę. Do tego wspomnienia z dzieciństwa z wyliczanką: "babko babko udaj się...". Ah co za czasy...

Teraz jako mama, nic tylko usiąść na ławeczce, by znad książki spoglądać na bawiącego się malca... Marzenia.

W piaskownicy rzadko jesteśmy sami. W zależności od osiedla i ilości dzieci oczywiście. My jesteśmy początkującymi bywalcami piaskownic. Kuba był kilkanaście razy zaledwie. 
Przyjęliśmy zasadę: byle nie zranił siebie i innych. Tym bardziej, że u dzieci w wieku naszego, nadal ciężko o precyzję ruchów, bycie delikatnym, na zachowaniu równowagi na piasku kończąc. Asekurujemy dziecko/ dzieci i pozwalamy mu na pierwsze interakcje. To my. 

Rodzice. 

Inni rodzice wychodzą z podobnego założenia. Jak sądzę. W piaskownicy zdaje się widać wszystko, całe podejście rodzicielskie. 

Prawie nieodzowne: nie zbliżaj się, nie machaj tą łopatką, nie syp piaskiem i dodawanie: bo zaraz pójdziemy do domu. 

O- o. 

Już znam ciąg dalszy: oddaj chłopcu łopatkę, podziel się, nie uciekaj, tak się nie kopie, pokażę ci, pobaw się z nim, on jest młodszy... kurczę! Te dzieci zwykle mają 1-3 lata. Najczęściej są zainteresowane zabawą sami ze sobą lub... dorosłym. Bez skrępowania ich zaczepiają. Inne dzieci obserwują, badają, próbują dotknąć, wyrywają sobie łopatki, ktoś kogoś popchnie czy trzepnie i powstaje jazgot. 

Najczęściej rodziców. Dziecko nie ma szans na zobaczenie reakcji innego dziecka. Na własną reakcję, odpowiedź. Gdy jest źle lub niebezpiecznie, naprawdę niebezpiecznie, tak, że krew się poleje, wtedy powinien wkroczyć rodzic. 

Pół biedy, gdy się "ładnie" bawią.

Nietykalność. 

Na jednej z pierwszych zabaw był rok starszy chłopiec, który nie chciał się bawić z moim. Dziwne? Nie. Mój tylko tamtego obserwował. Ojciec dziecka namawiał swojego by się pobawili, bo mojemu będzie smutno. Smutno! Rocznemu dziecku? Powiedziałam, że nie musi, jak nie chce. Ojciec wie lepiej co słuszne dla dziecka- tak powinno być. Stał i mówił mu, że ma być odważny. Bawić się. Dzielić. Dać się dotknąć (mojemu). Nie bać się. Nie płakać, bo znowu piach w oczy mu zawiał. 

Swojemu nie wspominam o odwadze, ma wybór czy się bawić, dzielić, dotknąć i być dotykanym (przez dziecko), może się bać czy płakać. Tego uczę. W całej sytuacji zainterweniowałam raz (i od tamtej pory, zawsze w takiej sytuacji), gdy mój chciał dotknąć chłopca. Dziecko było przerażone! Ojciec popychał go w naszą stronę: "nie bój się". Chłopiec chlipał: "nie, nie, nie". Cofnęłam rękę mojego dziecka, tamtego zapytałam czy nie chce by mój go dotknął. "Nie". To nie. "Kuba, nie można dotknąć chłopca, jeśli on tego nie chce". Oczywiście moje dziecko nic czy niewiele z tego rozumie. Jeszcze.

Ojca zamurowało. Nic nie powiedział. Dziecko zdezorientowane, ale gdy doszło po chwili do niego, że nikt go nie dotknie, uśmiechnął się. 

Mąż wrócił z wyprawy do piaskownicy. 
"Jak tam było?" 
"A nic Kuba wyrywał sobie z dziewczynką zabawki na zmianę." 
"Aha." 
Normalna sprawa. Takie życie.

Kolejna moja misja- jedna z ostatnich. Dziecko machało łopatką niedaleko mojego dziecka. Dziadek z matką przekrzykiwali się by chłopiec się uspokoił, trzymali go za ręce, szarpali, sugerowali by oddał łopatkę mojemu zamiast nią machać (?) lub bym wzięła inną. Cóż. Moje dziecko było zainteresowane chłopcem nie łopatka. Ok. Po jakimś czasie mój podszedł... dotknąć dziecko, ot niby niewinnie- ja jednak staram się by dziecko chociaż wiedziało, że będzie dotknięte przez moje. Łapałam mu ręce. Jednak wiadomo, dzieci jak maszyny czasem: tu machnie, tam trzymasz, tu się wywinie... aż złapał dziecko i szarpnął za bluzkę. Rozdzieliłam by nic się nie stało. 

Tłumaczenie, że nie wolno ciągnąć, bo chłopiec może się przestraszyć nagłego dotyku czy może boleć, gdy go za ucho złapał. 

Tak. Tłumaczenie, chęci, życie. Kuba to małe dziecko i nie rozumie jeszcze tego, nie posłucha mnie. Nie dlatego, że nie chce, to po prostu jeszcze nie ten etap. Uczy się delikatności, innego człowieka i interakcji. Niby nic takiego. Jednak reakcja mamy dziecka była dla mnie nie do ogarnięcia. Było mi żal. Mojego dziecka. Tamta mama zabrała syna z piaskownicy, komentując : co za agresja, i poszli się bawić w inne miejsce. Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć. Syn zdezorientowany. Chwile posiedział, popatrzył za chłopcem, wspiął się na mnie i poszliśmy. Żal. 

Agresja? Moje dziecko, jak większość w tym wieku (tamten chłopiec miał 2 miesiące więcej) nie wie co to przemoc. Nie ma jej u nas w domu. Nie ma jej z tv. Nie ma jej na ulicy wokoło nas. Przemoc? Agresja? 

Ciekawość, nauka tak! 

Samo zachowanie rodziców okupujących murek piaskownicy, tak, że dzieci siedzą niemalże jedno na drugim. Wśród bosych stóp. Przekrzykujących się i debatujących nad głowami dzieci. Przerywając tylko by wrzasnąć, gdy dziecko zachowa się "nie tak".

Siedzę wśród nich. Kuba jeszcze ma zachwiania na piasku. Czasem próbuje go jeść czy lizać zabawki. Nieraz razem siedzimy i obserwujemy ten cyrk.

Chłopca z zielonym glutem po pas. Dziewczynkę starszą niż większość dzieci, zabierającą każdemu każdą zabawkę, by siedzieć z 5 grabkami, 3 łopatkami, niezliczonymi foremkami... Tatę, który pokazuje synowi jak powinien się bawić, używając jego zabawek i wyrywając mu za każdym razem, gdy dziecko złapie nie tak. Dziewczynkę wyjącą, bo ktoś dotknął JEJ mokry piach. Dziecko, które gada do ciebie bez przerwy, oczekując nieustannej uwagi...

Tak wygląda wyjście do piaskownicy.

Oczywiście jak to ja, za bardzo się przejmuję. Wolałabym mieć więcej dzieci wokół mojego. Bardziej wyluzowanych rodziców, którzy mogliby się skupiać z takim zaangażowaniem w inne dziedziny życia z dzieckiem. Poświęcać im czas i uwagę w innych momentach, obserwować
i prowadzić np. w tych piaskownicowych, ale! nie załatwiać za nich każdej sprawy, by dziecko nauczyło się życia. Tak łatwiej, wychylić głowę zza telefonu, rzucić na odczepnego, baw się ładnie, bądź grzeczna, podziel się.

Każdy rodzic uczy jak uważa, zachowuje się jak chce, mówi do dziecka jak woli. Do swojego tak- nic mi do tego. W całej sytuacji około piaskownicowej, cieszę się, że mój jeszcze tak mało rozumie. Obserwuje dzieci. Czasem chce pokazać (i dotknąć) ucho, oko, palec. 

Jednak widzę, że się również uczy. Jak zauważyłam, nie od dzieci co chwilę "poprawianych" w swoim zachowaniu. Jego "idolem" stał się rok starszy, spokojny chłopiec, ze złamaną nogą. W dwa dni nauczył go dzielenia się, wymieniania zabawkami. Bez ingerencji mojej, czy mamy chłopca, zajętej młodszym berbeciem. Wspaniale! Dzieci są niesamowite!

Moje podejście


Nie przeszkadzam mu gderaniem: o, a teraz zróbmy babkę, teraz zamek a teraz coś tam. Nie zajmuje mu czasu sobą. Ze mną bawi się w domu.

Kuba nie musi oddawać zabawki, którą trzyma. Ma poczekać, aż inna zabawka będzie wolna, nie wyrywać innym. Nie musi się dzielić: konsekwencje swoich czynów pozna jak będzie trochę starszy i mógłby, gdyby taki sam wybór miały pozostałe dzieci. 

Nie podzielisz się- innym razem ktoś z tobą się nie podzieli. Zabierzesz komuś- o! i na ciebie przyjdzie kolej. Uderzysz- ktoś pewnie kiedyś ci odda. Niech się uczy od małego. Nie dam rady i nie chcę całe życie za nim biegać torując drogę. Nie będzie miał tylko miłych i grzecznych ludzi w okół. 

Piaskownica to pierwsza szkoła życia.

Jakie wy macie wspomnienia? Jako rodzice i z czasów dziecięcych? 

Obraz Marc Pascual z Pixabay 

Komentarze

  1. Praktycznie większość życia mieszkałam na wsi (poza etapem dużego miasta kilka lat temu, który utwierdził mnie w tym, że chce by moje dzieci też dorastały na wsi), a co za tym idzie pierwsza piaskownica była we własnym ogródku i tylko dla mnie. Maluch póki co też ma piaskownice na wyłączność, ale nie usiedzi w niej dłużej, niż 15 minut, bo woli biegać po ogrodzie:p Także historie takie znane są mi tylko z opowieści i mimo, że wiem, że niby dobrze by dziecko miało kontakt z rówieśnikami (choć gdzieś usłyszałam, że gdyby tak było to dzieci rodziłyby się w miotach) póki co uczymy się wszystkiego we własnym gronie (poza wyjściami do figlowisk dla dzieci i spotkań ze znajonymi). A kontakty i interakcje z obcymi złapie jak pójdzie kiedyś do przedszkola;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Zazdroszczę mieszkania na wsi! Wśród naszych znajomych jest niewiele dzieci, a figlowiska były jakoś nie po drodze do tej pory. Korzystamy z lata ;) Kuba też woli biegać ostatnio po trawnikach i krzakach- ku mojej radości- gdy piaskownica się przepełnia- myk i już nas nie ma:D

      Usuń
  2. Jak dla mnie, najgorsi na placach zabaw są rodzice. Albo udają, że nie widzą i nie słyszą. Jak mówimy dzień dobry przy wejściu, to odpowiada 1/10 osób. Zazwyczaj dziadkowie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zupełnie nie mam pisakownicowych doświadczeń, bo jak zaczął się etap piaskownicy to wyprowadziliśmy się na wieś, ale z tym dzień dobry to na placu zabaw niestety norma

      Usuń
  3. Nie mam dzieci i rzadko je widzę, szczególnie w piaskownicy (zwykle słyszę: nie rób tak, nie siadaj, nie kop, masz całe buty w piachu). A i tak najgorsze są mamusie, które mają swoje kółko stałych bywalczyń i obgadują każdą nową osobę .-.

    Jak dobrze, że my mieliśmy ogrodzony plac zabaw po drugiej stronie drogi, mama siedziała na ławeczce i czasem zerkała, ale nie ingerowała (no tylko raz, jak zostałam specjalnie opluta/uderzona).

    OdpowiedzUsuń
  4. W tych piaskownicach to masakra czasem. Pierwsze dziecko wychowywało się razem z dziećmi, które mogły wszystko ale jak twoje coś chciało, to raban. Uciekaliśmy na łąki. Drugie w piaskownicy jak chce, to się dzieli - jak nie to nie. Nie ja decyduję tylko moje dziecko - od kiedy zaczęło do piachu wchodzić. I rzeczywiście kiedy współgrasz z dzieckiem zgodnie z jego prawami naturalnymi, ono rozwija się super.
    Dla kontrastu - raz widziałam mamę, która doprowadziła do płaczu swoje dziecko, bo nie chciało się z nią podzielić paluszkiem. Szkoda pisać co tam szły za epitety i straszenie, groźby... a stanęło na tym, że matka żarła te paluszki na oczach dziecka - za karę że nie chciało się podzielić. MASAKRA! Nie wnikam w wychowanie innych rodziców ale czasem warto rozważyć, co się swojemu dzieciakowi "sprzedaje" razem z modną ostatnio "poprawnością polityczną".
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masakra! Dzieci w tym wszystkim żal:( poprawność polityczna- nie lubię- zakłamywanie rzeczywistości

      Usuń
  5. Rzadko chodzimy na place zabaw (mieszkamy w domku i dzieciaki bawią się na własnym podwórku) wiec zupełnie nie mam w tych sprawach doświadczenia

    OdpowiedzUsuń
  6. Plac zabaw jest dla mnie złem. Chodzę jak muszę. Moje serce raduje się jeśli na zamkniętym patio przy naszym bloku biegają dzieciaki, bo wtedy nie muszę iść na plac. Dlaczego? Bo dookoła są dwa boiska, po których latają małolaty klnące w niebo głosy. Bo na placu wielu rodziców zajmuje się albo telefonem albo dyskusja z innymi rodzicami i nie zwracają uwagi na swoje dzieci, które taranuja inne, sypią piachem we wszystkie strony lub latają pod huśtawkami. Dodatkowo przez większość dnia jest na placu patelnia bez większego kawałka cienia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty