O matko! Co znowu? Lęk separacyjny, ząbkowanie czy skok rozwojowy?




Przyszedł czas na nas. Wiedziałam, że nadejdzie. Nie wyczekiwaliśmy go z zapartym tchem. Myśl o nim pozostawała gdzieś z tyłu czaszki. Małe wspomnienie na ten temat, było przerywane cichym sykiem w stylu: "cii, bo zaraz się obudzi", "nie kracz" czy "nie wywołuj wilka z lasu". 

Wilk wywołany. 

Stoi i wyje. Nie usiądzie. Będzie dreptać za tobą. Czepi się nóg. Jęczy. Zrobisz krok. Znikniesz na ułamek sekundy. Nie podasz, nie podniesiesz, nie przesuniesz/przysuniesz, wyrzucisz, wylejesz...  czyli zrobisz coś nie po jego myśli. Nie mogę zapomnieć o jednym z najważniejszych: wszystko musisz zrobić natychmiast! Poczekaj, już, za chwilę, zaraz czy daj mi minutkę, nie istnieje. Tym bardziej, że jak taki maluch ma to zrozumieć?

Wyje. Najgorzej. 

Oł szit! Wchodzimy na level hard. Mili moi i na nas przyszedł czas. 

Kiedy sobie uświadomiłam, że tak - to już? Po mojej nagłej pobożności. 

"Boże!", "o boże", "matko!", "o matko!", "zmiłuj się", "zlituj się", "daj mi sił", "daj minutę spokoju, nie! Sekundę daj choć sekundę!"...

"ej jesteś tam?"

Boga wzywa, córa marnotrawna. Nie tylko tym się wspomagam. Oddechy. Wciąganie powietrza nosem, wypuszczanie buzią. Raz, dwa, trzy, cztery... dziesięć. "Ammmmmmm mmmmmm..."

Joga? Medytacja? Co by tu... co pomoże?

Nie jest łatwo, to za mało powiedziane. Nigdy, ale to nigdy, nie miałam tak styranej psychy! Dobra, może przesadzam, miałam. Czyli co? Nie jest tak źle?

Wybuchy. Wycie. Ponad roczniak daje mi popalić. Też tak masz? I co tu z tym robić?

Inaczej jest reagować na zły nastrój dorosłego czy nawet nastolatka. Z dorosłym można wejść w dyskusję i w zależności od jego osobowości, dogadać się. 

Dziecko. Tym bardziej takie, które nie mówi. Ooo, panie! Gdy już myślisz, że jest ok, spada na ciebie lawina. Nowe ruchy, dźwięki, zachowania. Pół biedy gdy to jest awantura o pomidora, który jest na prawie wyciągnięcie ręki, na bazarku. Jeśli jestem następna w kolejce: "najpierw proszę te pomidory, bo małego zaraz szlag trafi..." jednego ocieram szybko i już. "Trzymaj. Nie jęcz." Nie jęczy. Szast prast - małe zwycięstwo!

Wycie. Człowiek jest wykończony. Nastroje to rosyjska ruletka. Co najmniej jak kobieta przed okresem. Gdy jesteś zaraz przed nim - czytając to, najprawdopodobniej się wkurzyłaś. Za chwilę będziesz się śmiać z byle czego. Taka prawda. 

"Lalala, hahaha" - po sekundzie - "aaaa!" Grad leci! - by po paru sekundach znów było spoko. Gdy następuje fala uderzeniowa i masz "lala" na przemian z "aaa!" co minutę! Nie wiadomo dlaczego i po co - świrujesz! Tracisz grunt. Co tu, do cholerki robić? Pewność siebie gdzieś znika. Zaufanie sobie wyparowuje. Nawet myśli ciężko zebrać. Człowiek jest wykończony! 

Spróbuj tu człowieku, zwrócić matce uwagę lub rzucić tekstem w stylu: "ty, może mogłabyś zrobić coś dla siebie"...

Nie wiem jak ty, ale ja mam mord w oczach. 

"Panie! moim jedynym marzeniem w ostatnich dniach, jest chwila ciszy. Cisza! A ty mi o zrobieniu czegoś dla siebie, w stylu paznokci srokci, wycieczki do fryzjera, czy domowego spa...? wtf?? aaa, no tak. Nie masz dziecka..."

Wytłumacz tu takiemu, że na krok się nie możesz oddalić. Gdy to zrobisz, by... bo ja wiem, sięgnąć po łyżkę i zamieszać herbatę... jęki i wycie, jeśli nie minęły na chwilę, nasilają się. Co chwilę kucasz by przytulić. Nie dajesz już rady nosić. Ani w chuście na plecach, tym bardziej nie na rękach. 

Rzucasz się jak ptak w klatce a to w tym wszystkim nie jest najgorsze! Nie? Co może być gorszego? Masz w dupie co myślą inni, ale fakt jest taki, że... jesteś dobrą matką. I chcesz taka być. Tylko nie wiesz jak pomóc temu wyjącemu, wybuchającemu, ukochanemu dziecku. No jak? 

Gdybasz na temat powodów wycia: bo boli brzuszek, ząbkuje, skok rozwojowy, po szczepieniu, lęk separacyjny, upał go wykańcza, za głośno, przestraszył się... ile jeszcze możesz dopisać? Gdy obok ciebie jest matka/ babcia/  koleżanka/ sąsiadka, to jeszcze dorzucą "jest głodne" lub "wymusza". Masz ochotę udusić.

Reakcja na wycie? Osłupienie, prośba, śpiewanie, uspokajanie, krzyk... płacz razem z dzieckiem. Nie jesteś w stanie zapanować nad własnymi emocjami. Dziecko tym bardziej.

Możesz jeszcze spróbować sposobów "z minionej epoki" (które zapewne jeszcze są gdzieniegdzie stosowane, u mnie zakazane. Może jednak robisz tak, po przeczytaniu tego: nie rób tak!): bicie, szarpanie, wrzeszczenie, wyzywanie, przywiązywanie do stołu, zostawienie dziecka, zamknięcie w innym pomieszczeniu... brak mi wyobraźni na więcej.

Na szczęście wybicie z rytmu ataku jęków jest możliwe. Raz wzięty oddech i... "chodź umyjemy rączki, umyjemy rączki..." śpiewam miłym głosem. Dziecko w szoku. Ja też, bo jestem na granicy. Śmieje się - oooo, jaki kochany. Chwila spokoju a ręce czyste.

Innym razem wyłączam obiad w połowie, by poczytać książkę przez parę minut/ poprzytulać się/ pogonić. Obiad z godzinnym opóźnieniem? No cóż, bywa. Tarcie marchewki na podłodze. Zgoda na wyrzucanie zawartości szuflad (tylko nieszkodliwe rzeczy). Nagła rozmowa o pociągach/ garażach/ motorach/ betoniarkach - tematy na topie. Wystukiwanie rytmów. Każdego dnia szukam nowych sposobów by go zaskoczyć, przerwać jęki. Nie zawsze i nie wszystko działa. Czasami po prostu siedzimy na środku pokoju i... on wyje, ja go tulę. Cisza. I ona czasami działa.

Staram się, chociaż brzydkie słowa czasami chodzą gdzieś z tyłu czaszki. Jest ciężko. Przetrwać, opanować się, wspierać tego malucha wyjca. W tym momencie wchodzi tak rzadko przeze mnie używane: musisz. Matko, musisz to zrobić! Mus to chyba najważniejsze u mam. Kto jak nie ty? Kto jak nie ja? Tata? Jest i on. Babcia, dziadek, ciocia... ale! Ono ich nie chce, potrzebuje mnie/ ciebie. W tym momencie - na tym etapie. To wykańcza tak. Po kolejnym przetrwanym dniu jest duma albo żal i postanowienie poprawy. Bo można.


Po kilku naprawdę hardcoreowych dniach, gdy nawet obiad z dzieckiem na ręku robiłam, poranek dał mi odpowiedź, co się działo. Kuba włożył sobie mój palec do buzi. No tak! Dziewiąty ząbek!!! Dziesiąty będzie na dniach. To jeszcze drugie tyle. Uf... damy radę.

Wam życzę tego samego!

Jakie wy macie sposoby na nienazwane jęki/ wycie dzieci? Jak się czujesz gdy one nadchodzą? Może nie masz tak źle czy przyzwyczailiście się?

Zdjęcia it's me neosiam z Pexels 

Komentarze

  1. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Co prawda nie zawsze jest łatwo i często trzeba się podpierać rzęsami, ale jakoś trzeba się próbować radzić sobie z rzeczywistością

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nadal nie mogę się przyzwyczaić do momentów "jęczybuły", a jak sobie z nimi radzę? Tulę, tulę i jeszcze raz tulę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to mówią: że każdy rodzic prędzej czy później rozpoznaje "jęki" dziecka, które nie jest w stanie jeszcze nic powiedzieć. Fajnie gdyby to była stuprocentowa prawda :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Sposobem, choć trudnym, może być akceptacja, że dziecko coś przeżywa i akurat wyraża to płaczem. Wiem, że można stracić przy tym nerwy, ale jeśli nie umiemy zmienić sytuacji, czasem warto się z nią pogodzić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje dzieci nie miały lęku separacyjnego nie wiedzieć czemu 😂

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeszcze nie mam na ten temat zielonego pojęcia i nie powiem jest to dla mnie temat dość przerażający ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. U nas 9 miesięcy... Boże... czyli najgorsze przed nami? Ja już mam chwile załamania kiedy są takie dni. Czepi się nogi i nawet do toalety muszę iść z córką na rękach. Chwała jak nie płacze. Ale są i te dobre dni kiedy humor dopisuje i mała umie się nawet sama z sobą pobawić. Sił mamo dla Ciebie, siebie i innych mam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj pamiętam nasze ząbkowanie 😱 Jak się cieszę, że to już dawno za nami.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty