Ważne by w ogóle pojechać czyli o naszych wakacjach z dzieckiem


Planowanie. Tak to będą pierwsze wakacje z naszym synem. Nieważne, że niczego nie zapamięta. Pojedźmy nad morze, gdzieś gdzie jest ciepło. Chorwacja? Grecja? No nawet Bułgaria! Najważniejsze by była pogoda.

Planowanie planowaniem a życie życiem. Nagła decyzja o przeprowadzce i... szlag trafił nasze "ciepłe kraje". Mimo, że mąż dostał przeniesienie w tej samej firmie, urlop miał być zmieniony. Ostatecznie nikt go nie poinformował o przeniesieniu ustalonego terminu... Zapytał na dwa tygodnie przed wcześniej zaklepaną datą, co z nim. Odpowiedź nadeszła dopiero po tygodniu: "chłopie, urlop bez zmian". Co? Aaa! To będzie super urlop..! Oszczędności się ukruszyły. Zwrot podatku zamiast na wakacje, poszedł na dokupienie tego i owego do domu. Dwa tygodnie urlopu w Warszawie? Trudno. Smutno kiwaliśmy głowami.


Planowanie. "Wiesz, może pożyczymy z naszych zaskórniaków i jednak gdzieś pojedziemy? Chociaż na parę dni?" Zapytałam nieśmiało męża. "Też o tym myślałem!" odpowiedział. Jak zwykle czytaliśmy sobie w myślach. Wspaniale! To by nie nadwyrężać oszczędności, wszak nie wiadomo co nas czeka w przyszłości, ustalimy limit. Do tego skarbonka z monetami 5 zł, ciułanymi cały rok, z napisem: "na wakacje". To zaszalejemy! Śniadania i kolacje sama robię, plus przekąski. Obiady "na mieście", bym poczuła odrobinę wakacji. Plus lody i inne "atrakcje". Damy radę!


Plan: 

  • 1000zł na przejazdy i nocleg. Niby dużo/ mało. 
  • Rezerwacja na ostatnią chwilę. Wakacje w Polsce, bo ostatecznie Kuba nie ma jeszcze paszportu.
  • Skarbonkowe  - "na życie" na wakacjach, 595zł
  • Transport - pociąg, bezpośredni, jak najtańszy. Podróż do max 4 godzin, by Kuby (i nas) szlag nie trafił. 
  • Cel - nad morze. Bez przesiadek na jakieś pekaesy, osobówki, taksówki, max autobus miejski. Gdzie jedziemy? Gdańsk!
To szukamy noclegu!

Popularny portal bookujący się wyłania i... no wolałabym taniej. Wyszukiwanie. Tu tanio, tam w miarę. O, a tu! no na jeden dzień to nie chcemy jechać. Cóż poradzić. Za rok zaplanujemy lepiej. Teraz bierzmy co jest. Sprawdzamy, odległość od stacji, od morza, warunki mieszkaniowe, sklepy, ocena i opinie. Dobra, bierzemy. 

Dwoje dorosłych, jedno dziecko - roczne.


Gdańsk Oliwa, kawalerka, 690 zł, 5 dni   

Pociąg, jak zawsze online. Coś nie wchodzi. Na trzy dni przed wyjazdem, rowery i na dworzec. Dobrze, że z mężem. "Pilnuj dziecka i rowerów, ja stanę w kolejce, 5 okienek otwartych to pójdzie raz - dwa". 
Raz - dwa - 40 minut później. Mam! Na te tańsze TLK, w wybranych przez nas godzinach wyjazdu, nie było już miejsc siedzących, a co dopiero "z przedziałem dla podróżujących z dziećmi do lat 6. Znalazło się takie miejsce w pociągu o 07:02. O 7 rano! Cóż... Kupiłam bilety. W dwie strony.  Zniżka rodzinna. Jak to? Dziecko do lat 4 ma 100% zniżki, rodzice jadący z nim po 30% zniżki. Wow! Dzięki Kuba! Jak wygrana na loterii! 

Warszawa - Gdańsk i Gdańsk - Warszawa, 2 osoby dorosłe i dziecko roczne, 174,90 zł


Nocleg i przejazd = zmieściliśmy się w limicie!

W drogę! Wakacje!


Dzień pierwszy

Bagaż: plecak, drugi plecak, torba, wózek, bambetle "na ostatnią chwilę" lub "pierwszej potrzeby". Jak wielbłądy. Na peron wjeżdża "stary" pociąg z przedziałami... Udało się szybko rozłożyć wózek i ze wszystkim zapakować do pociągu. Przenoszenie do przedziału już jak ruszył. Dało radę! Mąż mistrz. W przedziale nastolatki (połowę musieliśmy "wyrzucić" z naszych, wykupionych miejsc. "No to będzie... suuuuper..." - pomyślałam - "nastolatki...". Oni też byli mało zadowoleni, jak później dopytałam. Spodziewali się beczącego miałczka. Na szczęście Kuba z tych marudnych tylko z powodu jest i rzadko nie w domu. Przetrwaliśmy z Puciem, chodzeniem po korytarzu. Podjadaniem. Obserwacją zmieniających się widoków. Nie wymagałam od dziecka, które dopiero się wyspało by... spało. 

Gdańsk i deszcz. 


Dotarliśmy chwilę po 11. Zameldowanie dopiero po 14:30. Tylko trochę pada, to chodźmy nad morze. Pieszo. Poszliśmy. Ja z załadowanym wózkiem, dzieckiem i parasolem. Piotr z plecakiem z tyłu, plecakiem z przodu i na szczęście z parasolem. Lało, padało, lało. Największą ulewę przetrwaliśmy pod daszkiem bazarku. Ruszyliśmy dalej. Kuba chce mleko. Postój. Ponownie ulewa. Schronienie znajdujemy, w piekarni. Zmoknięci, lekko zziębnięci, wkurzeni i głodni. Nie możemy myśleć co dalej, tym bardziej, że Kuba ma już dość wózka. Widząc pieczywo, rozlega się też raz po raz, co raz bardziej nerwowe "am. am... am! AM!!!!". Buła musi być. To i chleb na kolację od razu kupię, ku rozpaczy małżonka. Ktoś to musi nieść. Cóż all inclusive następnym razem proszę, to te pół kilko do niesienia mniej będzie. 


Czas coś zjeść


Dzięki za internet w telefonie! szast prast, lokalizacja włączona, google maps i... szukamy jakiejś budy z jedzeniem. Patrzę w telefon, z dzieciakiem wiszącym na jednej ręce, bo w wózku, gdy nie jedziemy, nie chce siedzieć. Na szczęście w piekarni wyrozumiała starsza pani. Nie wyrzuciła nas na deszcz i pozwoliła chwilę przeczekać. Patrzę, patrzę i jest! Bar mleczny! Po drodze pizzeria i kebab, pierogarnia, jakaś restauracyjka. Nie, nie, nie ma to jak old school. Pięć minut drogi stąd. Upewniamy się u pani co do właściwego kierunku, by nie błądzić. Odwracamy się do drzwi i... nie pada!!!! Ufff. Idziemy. Mąż ze śmiechem, że może nad morze. Wtedy poczułam na nosie krople. NIEEEE! Przyspieszamy. Kierunek bar nie plaża.


Dotarliśmy - tak! Kolejka mała, chociaż ruch się wzmaga, już zaraz 13. 30?! Tak zleciało? Kiedy? No tak. Deszcz, postój - mleko, postój - ulewa, deszcz, postój - mleko i ulewa... Dobra, nie ma co myśleć o tym co za oknem. Człowiek coś zje, ogrzeje się, odpocznie. Zamawiamy. W pierwszej kolejności zupa grochowa dla męża i danie główne ziemniaki, marchewka i kotlet schabowy dla mnie i Kuby. Porcje spore. Kuba usiadł na prawdziwym krześle obok mnie. Zajada podsuwane kęsy i obserwuje ludzi. Nie lata, nie krzyczy. Obserwuje, uśmiecha się czasem. Trochę się wierci na krześle, ale i tak w miarę spokojnie możemy zjeść. Mąż idzie po drugie (to samo co ja - przydupas) plus kompot w gratisie. Oburzam się, jak to, ja nie dostałam. Za to miałam zupę gratis. Co za świetny bar! Danie główne i do wyboru zupa lub kompot. Nawalone, że do oporu się człowiek naje. 15 zł i chyba 50 gr za porcję. Smacznie, zdrowo, tanio, swojsko. Mega.


Zakwaterowanie

Wracamy w stronę dworca. Deszcz zelżał a czasem w ogóle nie pada. Kuba zasnął. Chociaż chwilę się prześpi. Po drugiej stronie torów, jakieś 750 metrów i jest, nasza wynajęta kawalerka. Chwila nerwów, co to będzie. Otwiera miła pani w średnim wieku. Zaprasza, pokazuje, instruuje. Jest spoko. No, mogłoby być lepiej posprzątane. Z dzieckiem to inne wymagania. Najważniejsze, że spać jest gdzie. Ugotować można. Lodówka jest. Mała łazienka z prysznicem. Widok z okna na... mur. Nie po widoki z okna przyjechaliśmy. Jest okej.

Ciepła herbata, rozpakować się trzeba. To co robimy po południu? Najpierw po buty. Męża całe mokre! Wykrył w nich dziurę. Później nad morze? 


Podsuszeni szukamy sklepu by zapasy zrobić i tanio trampki kupić. Lidl. Kolejka się wlecze. Wychodzimy. Kropi. No szlag by to! Morze odpada. Późno z resztą już. Chodźmy zobaczyć te ogrody oliwskie chociaż. Idziemy. Wow, ale pięknie. Pod drzewami nie czuć deszczu, tworzą tunele. Stawy i kaczki. Mostki i wodospadziki. Kwietne dywany. Tylko ten szum od ulicy...



Wspaniały Mur/ Jak suchą stopą dojść w mokrych butach?/ 
Ogrody Oliwskie/ Szybka kolacja

Dzień drugi


Zapowiada się deszczowo. Pojedziemy do Gdyńskiego Akwarium! Ulewa łapie nas po paru krokach od domu. Oby do dworca. W Gdyni, jeszcze gorzej. Po paru minutach buty nam przemakają, bo chodniki zamieniają się w rzeczki. Jakieś targowisko mijamy i ze śmiechem mówię, chodź, przeczekamy, kupimy kalosze. Znaleźliśmy! Cena. Limit dzienny wydatków byłby przekroczony (płacimy kartą z myślą - przydadzą się na dłużej). Uratowały nam ten dzień! Dobry zakup. Już innych pamiątek nie kupujemy.

Nie pada. Ruszamy. Przechodzimy koło pomnika pamięci, który wszyscy mijają łukiem. Przystajemy na chwilę. Dobrze mieć taki zwyczaj. Dziecko zapamięta z czasem. Idziemy dalej. Myślimy by zdjąć kalosze, gdy... leje. Kuba w płacz. Po sekundzie zasnął. Fajnie. Dobrze, że śpi. Akwarium poczeka. Z mężem zaszalejemy - zjadamy frytki belgijskie! chowając się pod namiotem z automatami. Wokół wielkie kałuże, ale my mamy kalosze. Leje to automaty wyłączone i cicho. 


Gdy chwilowo nie pada idziemy na zwiady. Kolejka przed naszą główna atrakcją na długość budynku. Szit... Kuba śpi. Oglądamy statki. Co chwila chowamy się przed deszczem.. po drzemce idziemy jeść w pobliskiej budzie. Dla siebie (z myślą o Kubie) wybieram zupę rybną z kawałkami dorsza. Mąż zajada zwykłą zapiekankę. Kuba dosiada się do niego i razem jedzą ten rarytas. Przeklinam pod nosem przepieprzona zupę! Na poprawę humorów, szybkie lody na deser. Gdy przestaje padać przechadzka, by Kuba nie siedział cały czas w wózku. Zachwyca się wodą... Nie tą z zatoki. Wodą, którą pan wymiata z tramwaju wodnego. Dziecku zawsze podoba się coś nietypowego


Już popołudnie. Kolejka przed Akwarium miażdżąca. Nie straszna im nawet ulewa, która raz po raz się pojawia. My mamy dość. Wracamy. Jeszcze tylko uniknąć staranowania przez grupę harcerzy, na przejściu dla pieszych (takie czasu). Postój na obserwację pracującej koparki. Zdziwienie na widok trolejbusów, bo statki były takie pfff. Żegnamy Gdynię. 



Jak Gdynia to i statki/ Mój wspaniały obiad/ Deszczowo

Dzień trzeci 

Zapowiada się rano pochmurnie. No nic. Wczorajsza atrakcja nie wypaliła, to może do Zoo chodźmy. Poszliśmy. Pieszo, miły spacer. W środku kolejne 3h łażenia, ale kto by o tym wcześniej myślał. Wchodzimy. Początek nieźle. Żółwie. Foki - Kuba trafnie zauważył, że maja piłkę - co tam foki. Słoń! Zrobił na nim największe wrażenie. Ptaki - też super! Przy gepardzie był już znudzony. Przed nami jeszcze, żyrafy, parzystokopytne wszelakie, lwy, małpy... do końca daleko. Na nogi, bo wózek uwiera i... parasol. Szuranie parasolem w drodze do lwów jest meeega atrakcją dla naszego roczniaka! Król dżungli się na nas wypiął. Słusznie! Puk puk pukanie w szybę i "cudowne" zachowywanie się odwiedzających, mnie również by skłoniło do takiej reakcja. Małe zoo nadal dla Kuby za duże. Pierwszy, w błyskawicznym tempie wciągnięty przez kozę liść, wystraszył dzieciaka.


Poszliśmy dalej. Małpy. Tu jeszcze bardziej przytłoczyło mnie to miejsce. Zrozumiałam też na co tak pilnie Jakub patrzy. Zamiast na zwierzęta w klatkach i za szybami, obserwuje te na wolności - ludzi...  Przysiedliśmy na karmienie. Czułam ból, widząc mamę małpkę, próbującą schować swoje maleństwo przed tym rozwrzeszczanym tłumem. Po czasie Kuba zasnął. Szliśmy powoli, delektując się pięknem drzew i ukształtowaniem terenu. Przyspieszaliśmy przy najbardziej hałaśliwych grupkach. Tak dotarliśmy do końcowej bramy. Ogólnie pięknie usytuowane miejsce. 



Śniadanie/ ZOO

Kuba śpi to idziemy nad morze, tylko 1h 30min. Spoko. Po drodze bar mleczny numer 2. Na samo wspomnienie... Nie polecam - przesolony, przetłuszczony dramat! No a po... wreszcie dotarliśmy do plaży! Wiało strasznie, ale co tam skoro dziecko nam oszalało! Piaskownica gigant.


Śmiechom nie było końca i upadkom też. Wiatr nie dawał wytchnienia. Kuba jak to on, taka pogoda mu nie straszna. Nie dał się zaciągnąć nad wodę. Ten piach to była dla niego największa do tej pory atrakcja. Nie wiedział, że jest coś jeszcze. Chyba się bał, że już idziemy z tej piaskownicy. Usiadł, zażądał zabawek i kopali... po raz kolejny wróciliśmy z ogromnym apetytem, piachem wszędzie i na koniec dnia, padliśmy wykończeni. 



Zabawy w mega piaskownicy

Dzień czwarty 

Zapowiadał się dość ładnie, ale wg. prognozy, nie tak ładnie, że aż na stroje kąpielowe. Zostawiliśmy je w pokoju. Na plaży... żałowaliśmy. Do południa to nawet lepiej,bo wiadomo słońce daje, chociaż byliśmy wysmarowani. Tata zaciągnął Kubę nad wodę zatoki. Stanął jak wryty. Tego się nie spodziewał. Wrócili jednak szybko do zabaw w piasku z dala od morza. 


Około południa, zgodnie ze zwyczajem zeszliśmy z plaży. Kuba zarządził drzemkę a my spacer do Sopotu. Prosto w szpony tłumu. Rozkrzyczanego. Wszak człowiek na wakacjach, emocje biorą górę. Dotarliśmy do celu i zawróciliśmy. Po pobudce zjedliśmy obiad: kotlety z dorsza z frytkami i brokułem (przesolone, ale Kuba zajadał). Powrót na plażę i do wody. Pieluszki do wody nie mam, kąpielówki zostały, a z gołą pupą go nie puszczę (tak, jestem z tych "dziwnych"). Na szczęście miałam cały strój na zmianę. Dzieciak został w samych krótkich spodenkach. I wiesz co? palnęłam się w głowę: po co kupowałam kąpielówki dla dziecka? 



Sopot - byliśmy/ Kopanie dziur może się znudzić, taplanie w wodzie... 
Chyba nie mógł tego ogarnąć;)

Dzień piąty


Najpiękniejszy, najbardziej słoneczny dzień naszej wyprawy. Od rana cudowne słońce. Dopakowujemy się. Ogarniamy kawalerkę. Bambetle na siebie. Zdajemy klucze i tramwajem jedziemy na plażę, by chociaż dwie godzinki jeszcze posiedzieć. Wyjazd po 13. Kuba szalał na plaży tak intensywnie, że... zdrzemnął się. O 10 rano! Super, łatwiej pierwsze godziny w pociągu zleciały...



Ekipa bez przypału!

Podsumowanie. 


Pogoda, wiadomo, nigdy nie dogodzisz. Zawsze jest za zimno/gorąco, mokro/ sucho, wietrznie itd. 

Jedzenie, wiadomo, nigdy nie dogodzisz... to nie restauracje u Amaro.
Czas, wiadomo (...) za krótko.
Wydatki, nie licząc obuwia wszelakiego, udało się. Na obiady, zakupy na śniadania, kolacje i przekąski + lody, frytki, przejazdy, bilety wstępu do zoo, toalety, wydaliśmy 588,29zł.

Najważniejsze


Tak, oczywiście, czas spędzony razem. Mimo biegania za dzieckiem, chill. 

Nauka. Dla nas jako rodziców: czasem lepiej drożej a krócej, ale pojechać. 

"Nie opłaca się" = opłaca się. 

Pokazanie dziecku kawałka świata, gdziekolwiek ten kawałek by nie był... Czas razem, rodzinnie, bez pośpiechu, bez muszę. Radość, śmiech z najgłupszych i najbardziej denerwujących sytuacji. By nauczyć się już teraz tego, co chcemy zasiać w tej małej główce.


Jak tam wasze wakacyjne przygody? Proszę podzielcie się tymi najlepszymi, najgłupszymi i "bez przypału".;)

Wpis powstał w ramach akcji Wyciśnij LATO jak cytrynkę!




Komentarze

  1. Bardzo fajna wyprawa, nie wiem czy bym się tak odważyła, ale bardzo bym chciała spróbować 😉

    OdpowiedzUsuń
  2. No i mama Asia ogarnęła wakacje!

    OdpowiedzUsuń
  3. WOW! Ale to się super czyta, świetny dziennik z podroży z dzieckiem ;) Bardzo fajnie przeczytać, jak to naprawdę wygląda, że czasami nam coś wypada, zmniejsza się budżet, coś nie pasuje. Ogromne brawo za ten tekst, na pewno niejednego rodzica uspokoi, że nie musi być idealnie, żeby wyjazd się udał :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Nie wiem co to znaczy "idealny wyjazd";)

      Usuń
  4. Też tak kiedyś jeździłam z dziećmi, tylko bez i użycia internetu, nie było go jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mapy i "koniec języka za przewidnika" to nadal nasz ulubiony sposób:)

      Usuń
  5. Ale fajnie :) czytając Twój wpis doszłam do wniosku że... jesteś bardzo dzielna! I pozytywna! Jejku, ile ja bym się namarudziła :D to dla mnie niezła lekcja, dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) moja dewiza "zawsze mogło być gorzej" raz nawet użyłam "najważniejsze, że żyjemy" ;)

      Usuń
  6. Powiem ci, że ja bym strasznie marudziła, gdybym była na Twoim miejscu 😉 ale to co przeżyliście to wasze i jakie wspomnienia zostaną 😉

    OdpowiedzUsuń
  7. Najważniejsze, że dużo się działo. :D Dla mnie super, że potrafiliście się tak zorganizować. Nie mam jeszcze dzieci, ale też nie rozumiem podejścia "nie zabieramy dziecka na wakacje, bo i tak nic nie zapamięta". Moim zdaniem taki maluch też ma frajdę z tego piasku i wody. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bez samochodu to ja z dziećmi nigdzie nie jadę 😂😂 za dużo noszenia wszystkiego 😁 szacun dla was :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Grunt, że udało się Wam gdzieś w ogóle wyrwać, na trochę klimat zmienić i było ciekawie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. A pomyśleć, ze gdyby nie Kuba to mielibyście tylko nudny wyjazd wakacyjny 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha:D pewnie i tak byłby przypałowy, znajac nas;)

      Usuń
  11. My na pierwsze wakacje z dziećmi wyjechaliśmy, gdy chłopcy mieli 2,5 roku i bardzo dużo z tego wyjazdu pamiętają. To są obrazy, które przytaczają co jakiś czas.
    W samym plaowaniu gdzie, kiedy brałąm pod uwagę dzieci, jak najbardziej, ale też swoje preferencje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie pamiętam jak moja najmłodsza siostra wspomina, krótki weekend spędzony u nas. Miała niecałe 3lata a do teraz pamięta! Ważne takie wyjazdy sa!

      Usuń
  12. Uwielbiam podróżowanie z dziećmi i praktykujemy je odkąd skończyły 3 tygodnie. Każde, bo mam ich trójkę. Uważam, że to najlepszy sposób na pokazywanie dziecku świata, uwrażliwianie go na otaczające nas piękno natury, bliskość i budowanie relacji. Pogoda nie ma dla nas żadnego znaczenia, a że nigdy nie zwracamy na nią uwagi, zawsze mamy dobrą :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dla Was należy się podziw, my nie mieliśmy odwagi tak wcześnie wyjeżdżać. Kto wie co będzie przy drugim;)

      Usuń
  13. Aleksandra Piętowska23 sierpnia 2019 03:08

    Ale Wam zazdroszczę :D Super wyprawa! Czekam aż mój Tomuś podrośnie i w drogę! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetna, autentyczna relacja! Będziecie mieli co wspominać :) Co mnie trochę zdziwiło, to wybór dużego miasta przy okrojonym budżecie - ja na pewno szukałabym lokalizacji gdzieś w mniejszej miejscowości, wydaje mi się, że wyszłoby taniej. Ale może się mylę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zaczęłam od mniejszych miejscowości, ale do tego dochodził ekstra dojazd pks- em lub kolejnym pociagiem czy busem a tego chcieliśmy uniknać. Poza tym koszt noclegu na ostatnia chwilę właśnie w dużym mieście udało znaleźć się taniej. Ważne też dla nas były ewentualne inne atrakcje dla takiego malucha, w mniejszych miejscowościach ciężko o to. Zwykle atrakcje sa dla trochę starszych dzieci 3/4 lat i więcej.

      Usuń
  15. Świetnie opisana relacja.Takie czasy juz poza mną. Kiedyś pakowałam dzieci do samochodu i jechałam przed siebie, byle tylko z nimi byc.Podróżowały od małego.Nigdy nie robiłam planów, co będę zwiedzac, ale najczęściej to była wieś, moi rodzice,wycieczki do lasu.
    Pozostają potem fajne wspomnienia.
    Pozdrawiam!
    Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniale! Też znam takie opowieści od znajomych, zawsze się wzruszam:)

      Usuń
  16. Nam w tym roku nigdzie nie udało się wybrać, za to dzieci podróżowały z dziadkami :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Dokładnie. Ważne, żeby w ogóle pojechać. Widzę, że choć pogoda dopisała Wam tak średnio - to humory w pełni. I tak trzymać. Pozdrawiam i życzę kolejnych udanych wypraw :-)

    OdpowiedzUsuń
  18. Brawo za doskonałe umiejętności ''ogarniania'' :) Widać, że wyjazd bardzo udany :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty