Rozszerzanie diety dziecka - rok później.



Rok rozszerzania diety za nami.
Wiele się wydarzyło w tym czasie. Na plus dla całej naszej rodziny. Więcej nauczyłam się o produktach, składnikach odżywczych, komponowaniu posiłków i samym jedzeniu, niż przez całe moje życie!

Jak zawsze w takich sytuacjach, przyznaję, byłam ignorantką - tak to moje ulubione sformułowanie i jakże prawdziwe. Czego się jednak nie zrobi dla... zdrowia dziecka!

Tak. Droga, którą zdecydowaliśmy się pójść, od samych narodzin, to myśl o zdrowiu Kuby.
Rozumiem, że w tym miejscu wiele osób może się oburzyć, bo w końcu kto nie dba o zdrowie swojego dziecka? Proszę bardzo, macie swój czas na kapkę złości. Niestety fakty pozostaną faktami.

Przez ten rok starałam się ogarnąć (i nadal to robię) wiedzę przekazywaną przez dietetyków: bezpośrednio od Adama Olszewskiego, z blogów Małgorzaty Jackowskiej czy "Szpinak robi bleee" oraz (a właściwie od tego zaczęłam) z książek, które polecam: "Bobas lubi wybór" i "Moje dziecko nie chce jeść". Uważam, że informację tam zawarte, są wystarczające by rozszerzać dietę dziecka dobrze. Ponad to, są oparte na ogólnoświatowych rozporządzeniach i badaniach na temat jedzenia wśród dzieci.

Cała reszta doszukiwania się z blogów i książek, rozmawiania z rodzicami małych dzieci, to chęć upewnienia się co do obranej drogi. W szczególności nie polecam bezmyślnego słuchania tych ostatnich. Dowiedziałam się głównie tyle, że większość kieruje się schematami żywieniowymi sprzed 30 lat. Świat poszedł na przód. Dowód? Ot zobacz piramidę żywieniową i skonfrontuj zalecenia co do żywienia dzieci z mamą/ babcią... i rób po nowemu.

Oczywiście najwięcej podpowiedzi i rozwiązań wyszło w praktyce i podsunęło mi je... dziecko. Obserwując je, nieraz się zastanawiałam czy robię dobrze, czy źle. Czy nie zapominam o czymś. Był to lekko stresujący rok.

Do tej pory staram się uporządkować sobie wszelkie wiadomości. Nie jest to łatwe. To zmiana nie tylko nawyków żywieniowych, a całego podejścia do jedzenia.
.
Kuba za chwilę kończy 1,5 roku. Jak widzisz, opowiadam o roku rozszerzania diety. Zaczęliśmy rozszerzanie na chwilę przed 6 miesiącem. Do tego czasu Kuba był karmiony tylko(!) mlekiem.

Start. 5,5 miesiąca. Próba glutenowa, niepotrzebna (rozporządzenie z 2016 r) zrobiliśmy na sugestię pediatry. Jak pewnie się domyślasz, byłam tak zestresowana zbliżającym się początkiem rozszerzania diety, jak i niepewna jeszcze roli matki, że wprowadziłam Kubie półpłynną kaszę mannę. Zjadł. To nie była zbrodnia - spoko. Jednak! Nie trzeba tego robić. Spokojnie można karmić tylko mlekiem do 6 miesiąca, a nawet dłużej, bo do wykazania przez dziecko oznak gotowości do jedzenia: siedzi stabilnie samo (może z podparciem), chwyta jedzenie i wkłada sobie do buzi, nie ma odruchu (!) wypychania z buzi, w ogóle jest zainteresowane jedzeniem.

U nas pierwsze oznaki były na tydzień przed 6 miesiącem. Powiem szczerze, widząc pierwsze oznaki gotowości, oszalałam z radości. Kuba potrafił siedzieć sam, lekko podparty, chwytał jedzenie i wkładał sobie do buzi i je ssał. Wiadomo, reszta w tym żucie, przyszły wkrótce. Jednak niepotrzebnie urządzałam całą "ceremonię" jedzenia, sadzając go w foteliku, gotując specjalnie dla niego po 3 produkty (np. brokuł, ziemniak, dynia) by miał wybór, krojąc to wszystko prawie od linijki... Komedia - gdy na to teraz patrzę. I! Gdybyśmy przeczekali ten tydzień/ dwa dłużej, też nic by się nie stało.

Co bym zmieniła? Gotowała wszystko jak teraz/ normalnie, przed doprawieniem wyjęła ze dwa warzywa dla Kuby (podczas krojenia, zostawiłabym po prostu większe kawałki dla niego). Posadziła go sobie na kolanach. Na moim talerzu lub obok położyła jego część i... niech się dzieje. Zechce zje, nie to nie.

Czy brał jedzenie? Tak. oglądał je. Rozgniatał. Wyrzucał. Czy jadł? Próbował np. chwilę possał brokuła i odkładał. To był koniec posiłku. Teraz wiem, że takie są początki. Dziecko nie potrafi od razu gryźć, memlać, zjadać całej porcji i prosić o dokładkę.

Podawałam mu też (chociaż nie powinnam, jednak to nie była zbrodnia) kawałek innego warzywa... do polizania. Nie wiem co chciałam osiągnąć? Może, że to drugie warzywo mu zasmakuje i zje?

Od czegoś i jakoś trzeba zacząć. Ogólnie nie było źle i nie było karygodnych, zagrażających życiu błędów. A propo - warto dowiedzieć się, co zrobić w przypadku zakrztuszenia i zadławienia, jak je odróżnić. I to przed rozpoczęciem rozszerzania diety. Dotyczy każdego sposobu rozszerzania, również osób nie stosujących BLW!

Wprowadzanie owoców i warzyw. O masz! Ostatnio na jednej z grup na fb, omal się kobitki nie pozagryzały (i mnie) na wieść, że nie do końca ma znaczenie, wprowadzanie owoców przed warzywami. Na kilkadziesiąt osób wypowiadających się, jedna czy dwie napisały podobnie. Wprowadziły najpierw owoc, a maluch uwielbia warzywa. My dość szybko wprowadziliśmy owoc (po ok. tygodniu). O co jazgoczą kobietki?

Jak to jest z tymi warzywami i owocami.
Zalecenie - sugestia(!): rozszerzanie diety rozpoczynamy od warzyw, bo łatwiej się przyzwyczaja do słodkiego smaku owoców. Tak. Ale! Jeśli podasz przez pierwsze dwa - trzy dni np. jabłko/ gruszkę/ banana... a dopiero później: ziemniaka/ marchewkę/ brokuła, ten wcześniej/ najpierw podany owoc nie determinuje całego życia!!! Litości! Nie stresujmy zestresowanych matek jeszcze bardziej tym, że jak nie poda marchewki, a jabłko, to dziecko nigdy, przenigdy! nie zje warzywa i zrujnujemy życie dziecka. Dynia, batat, burak czy marchewka też są słodkie, a to... warzywa.

Warto trzymać się innych zasad, które mają ogromny wpływ na zdrowie naszych dzieci, ich podejście do jedzenia i zdrowego odżywiania się.

Co jest ważne? Powtarzanie i proponowanie. Różnorodne produkty i menu. Pamiętanie o produktach zakazanych w diecie dziecka (np.cukier, sól, grzyby leśne, miód (po 12 miesiącu), surowe mięso, ryby i jaja). Mam wrażenie, że niejednokrotnie jest tak, iż minął miesiąc, dwa, 6 miesięcy... i zapominamy po co to robimy, wprowadzając dziecko w świat produktów dla dorosłych. Wytłumaczeń, dlaczego tak ktoś robi, jest wiele, z dominującym standardem: my tak jedliśmy i jakoś żyjemy. Jakoś... Czy zapychanie dziecka chrupkami, bo to nic takiego - a no właśnie - dosłownie NIC nie wnoszący produkt. Dawanie czekolady, bo i tak kiedyś posmakuje - no jasne. Ciasteczka? I co, że cukier. To tylko ciasteczko. Codziennie?! Cóż...

Podczas Rozszerzanie diety, rozszerzamy ją - powiększamy o większą ilość produktów żywieniowych, które z czasem mają zastąpić mleko. Nie zastępujemy mleka posiłkiem.
Na początku dziecko próbuje, maluteńkie porcje trafiają do brzucha. Później je więcej i więcej i... nagle jest totalna sinusoida. Raz dużo, raz mało, raz nic. Do 12 miesiąca podstawą nadal jest mleko! Jednak, jeśli masz totalnego cycoholika, jakim jest mój syn, nie przerażaj się.

Ja byłam przerażona! gdy Kuba mający 13 miesięcy, nadal bardzo dużo pił mleka. Ba!!! Pije go nadal dużo (czy też spędza czas przy piersi, bo potrzebuje bliskości). Nie raz miałam zwątpienie czy właściwie rozszerzam dietę. Czy jest odpowiednio zbilansowana. Czy odpowiednio bogata odżywczo. Czy różnorodna. Czy... taaak. Jestem typową matką. Chcę dobrze nakarmić dziecko. Dobrze w moim przypadku nie znaczy dużo (chociaż jak się wybitnie naje, aż łza się w oku kręci). Wracam myślami do pierwszej książki "Bobas lubi wybór". Powtarzam mantrę: ja decyduję co dziecko zje i kiedy. Czy i ile zje, to decyzja Kuby.

Powiem szczerze, że nie raz, nie dwa, gdy "najbardziej się wystarałam" z podaniem super skomponowanych posiłków, Jakub chyba to wyczuwał i robił mnie w konia. Jak? Podaję mu bogate odżywczo placuszki, warzywa i owoce do tego. On gardzi placuszkami lub zjada tylko je. Czasem zje dwa kęsy i... koniec posiłku. Niczego innego nie chce. Mleko zamiast posiłku. I tak bywało/ bywa.

Błędy? Kurczę, nie mam zamiaru się tu biczować, bo nie były przeogromne. Nie chcę ich jednak pomijać. Nie jestem idealna. Jak napisałam na początku, nadal to wszystko ogarniam. Najważniejsze wydaje mi się to, żeby szybko zdać sobie sprawę, jeśli chodzi za nami: "coś mi tu nie pasi...". Poszukać odpowiedzi zawsze można.

Błędy?

Dosładzanie. Jeden z moich na początku notorycznie powtarzanych. Nie co posiłek czy codziennie. Ot, w końcu skoro w przepisie jest syrop daktylowy czy klonowy i to u "autorytetów", przeznaczenie 8 miesięcy plus, to znaczy... już wiem, że to wcale nie znaczy: "dosładzaj", a już na pewno nie za pomocą syropów - można owocami. (temat dosładzania i cukru w diecie dziecka, rozwinę w jednym z postów w listopadzie).

Ryby. Nadal mamy ich za małoooo. Prawie w ogóle nie jadamy. Jak już jest - Kuba nie chce ich jeść. Suplementujemy dha.

Tubki z musami owocowymi. Nasz dzieciak już nie bardzo ma na nie ochotę i całe szczęście! Jednak w rozpaczy, że mało je (zdarzały się takie wyjątkowe dni), bywało - dawałam 2 dziennie! Masakra! Teraz zjada... może dwie na miesiąc lub rzadziej i... dobrze.

Pojedyncze w stylu: podałam wędzoną rybę (nie zjadł), coś z solą (na wakacjach z budy, przesolone), źle skomponowane, nie doprawione, nie dobre (gdy zły dzień w kuchni)... ot tak jak to każdy ma prawo mieć.

Coś co nie jest błędem, ale powtarzam sobie to często (ku rozpaczy męża, który ma już dość) więcej warzyw! Nie jesteśmy nauczeni z domów, by warzywa i owoce były podstawą posiłków. Były ewentualnym dodatkiem.

Co było plusem i sukcesem największym?
Możemy jeść razem, w tym samym czasie. Kuba zwiększył doznania sensoryczne i rozwinął motorykę małą. Jedzenie najlepszą zabawką. Zapoznał się z ogromną ilością produktów, niektóre pokochał dopiero pod koniec sezonu na nie, jak truskawki. Inne po chyba 50 próbie podania - papryka. Jeszcze inne lubi od pierwszego razu - brukselka. Oprócz tego ogólna poprawa wiedzy dotyczącej diety i za tym idzie życia. Nawet ja, kuchenne beztalencie, zaczęłam zapisywać swoje pomysły i tworzyć własne przepisy.



Co jeszcze się wydarzyło?
Mniej więcej w 8 miesiącu rozszerzania diety (14 miesiąc Kuby) po serii awantur, wyrzucania jedzenia i nie jedzenia... zrezygnowaliśmy z krzesełka do karmienia. Od tamtej pory Jakub je z nami przy stole, siedząc na swoim krześle, takim jak my lub na moich kolanach. Wstaje na krzesło, za krzesło, odchodzi od stołu i wraca kiedy chce. Najczęściej nie może usiedzieć. Taki etap. To uratowało w miarę spokojny przebieg posiłków (o ile nie zaczyna skakać). Zmniejszył się też bałagan, bo Kuba nie rozrzuca jedzenia. Jeśli coś spada to w 98% jest to przypadek, ot uczy się dalej jedzenia i mu spadło. Zdarza się nadal zabawa, jak rozgniatanie pomidora, bo tak fajnie sok wypływa.

Od mniej więcej tamtego momentu, woli być karmiony... BLW działa tu w połowie. Czasem zacznie sam jeść łyżką czy ręką, po czym podsuwa mi łyżkę, mówi "mama" i czeka aż go nakarmię... Często nie chce sobie brudzić rąk i na kropeczkę na ręce od razu wyciąga ją w moją stronę i chce bym wytarła. Jednocześnie im brudniejsze jedzenie czy zupa lub posiłek do nabijania widelcem, tym chętniej je sam. Wydaje mi się, że chce być karmiony, bo... nie ma na to czasu i cierpliwości na co dzień. Co posiłek zdarzają się momenty, ale chwilowo woli być karmiony (mówimy o 3 głównych posiłkach w ciągu dnia - z resztą, w szczególności gdy jest drobne jedzenie, a najlepiej okrągłe, radzi sobie sam).

Picie wody. Kuba potrafi pić z kubka. Nie dostaje jednak swojego do ręki by samemu dozować ilość wypijanego płynu. W miarę potrafi to robić, ale... zawsze, Zawsze! wylewa zawartość. Nie, że przypadkiem. Trzęsie kubkiem i bawi go rozlewanie. Dostaje picie z kubka, który my trzymamy lub z bidonu (tak, z niego też rozlewa wodę...). Idę na łatwiznę.

Dlaczego tak?

Jaki jest największy i chyba jedyny minus metody BLW. Zbrzydło mi, ale to naprawdę zbrzydło!!! sprzątanie po blw. Na samą myśl, że miałabym to robić jeszcze kiedyś, przy ewentualnym kolejnym dziecku, myślę: koniec z dziećmi! i się wzdrygam.

Jednocześnie do rozszerzania diety po raz drugi, jak większość mam, a przede wszystkim tych, które idą w BLW, podeszłabym już na luzie. Bez stresu. Z wiarą w naturalne umiejętności dziecka, budowy jego ciała. Wrodzone ograniczenia ciała. Oraz moją wiedzę dotyczącą tego co i jak podać.

Dlaczego jeszcze blw było/ jest dla nas?
Przede wszystkim zdecydowałam się na BLW w całości z jego pierwotnym założeniem. Tu nie tyle chodzi o modę, samodzielne jedzenie czy jedzenie kawałków. Chodzi o rozszerzanie diety jak najbardziej, ale głównym celem jest Samoodstawienie się od piersi!
To dziecko decyduje również o tym. Owszem proponuję mu jedzenie w zamian i przytulasy. Jednak bardzo powoli idziemy ku samoodstawieniu. To proces. Długi w naszym przypadku.
Pocieszające jest, że według badań, dzieci najczęściej samoodstawiają się w wieku pomiędzy 2,5 a 4 rokiem... Bywają dni, gdy już się nie mogę doczekać. Jednak widzę stopniowe pomijanie karmień. Od niedawna częściej przystaje na propozycję dodatkowej przekąski. Raz nawet wypił w zamian mleko krowie! podane jako kakao (max 1/4 szklanki).

Co Kuba je?
Warzywa, owoce, jajka, mleko, kasze i kaszki, makarony, mięso, orzechy, pestki, pieczarki, domowe słodkości. Raz zjada chętniej, innym razem nie tknie ukochanej potrawy. Ot, jak każdy.

Czego nigdy jeszcze nie próbował lub jadł jednorazowo?
Nigdy nie jadł chrupek, biszkoptów (ze sklepu), słodyczy i przekąsek dla dzieci, ale i dla dorosłych. Poczęstowany na placu zabaw zjadł paluszka czy herbatnika. Latem dostawał do posmakowania nasze lody (uuu masakra, z cukrem;)).

Po roku rozszerzania diety naszemu dziecku, stwierdzam: Każdy, naprawdę każdy ma narzędzia, by zrobić to dobrze. Dobrze wystarczy, nie trzeba iść w perfekcję. By to zrobić, potrzeba najważniejszego: Chęci. Determinacji. Czasu.
Zdobywanie wiedzy i dostosowanie jej do nas samych, nie przychodzi łatwo. Nie jest to jednak nie do zrobienia. Mówię to ja - kuchenne beztalencie, które nie lubi(!) gotowania. Czego się jednak nie robi dla dziecka!

Jak wyglądało u was rozszerzanie diety? Może jest dopiero przed wami? Stresowaliście się? Zignorowaliście zalecenia? Jakie były wasze sukcesy? Z czego, co zrobiliście, jesteście najbardziej zadowoleni?


Komentarze

  1. Szczerze przyznam, że było to tak dawno że już nie pamiętam :) Syn za parę dni kończy 20 lat. Gdybym jednak mogła cofnąć czas z pewnością wykluczułabym z jego diety wiele produktów

    OdpowiedzUsuń
  2. widać, ze wszystkie te trudne, ale pozytywne wprowadzenia skutkują :-) ja mam najwiszy problem z determinacją, ale ogólnie nie narzekam :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie posiadam dzieci, mimo to jestem zachwycona tym co robisz. Twoja postawa jest godna pochwały, prawdziwym jest powiedzenie 'czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci'. Twoje kroki wymagają wielu poświęceń ale dzięki temu Twoje dziecko dostarczone ma do organizmu wartościowe rzeczy, nie wspomnę o nawykach dobrego żywienia na przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Czy brał jedzenie? Tak. oglądał je. Rozgniatał. Wyrzucał." Nasz Synol robił dokładnie to samo, a ja -mama- wszystko później sprzątałam ;) Ale nie żałuję tego artystycznego nieładu - warto było, bo mały miał z "testowania" jedzenia masę frajdy.
    U mnie rozszerzanie diety szło nieco bardziej opornie, bo mam małego alergika - jajka, nabiał, orzechy - odpadły. Efekt? Obecnie szaleje za warzywami o owocami...bo poza nimi niewiele więcej mógł na początku swej przygody z żywieniem jeść :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ten plus, że u nas alergii brak. Nie jest lekko mamom alergików

      Usuń
    2. Oj nie jest, ukochana przeze mmie jajeczniczka nie wchodzi w grę;)

      Usuń
  5. Bardzo ciekawe informacje. U nas mamy córkę niejadka i synka nadjadka, któremu pani doktor ograniczyła węglowodany, żeby nie miał problemów z nadwagą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że pani doktor to dietetyk, nie pediatra

      Usuń
  6. Mam w domu niejadka, który do 2 roku życia jadł. Wszystko. W pewnym momencie mu się odwidzialo i je ograniczoną grupę produktów i to w małych ilościach. Cóż taki egzeplmpalrz mi się trafił, mimo rozszerzania diety zgodnie ze wszystkimi standardami, które opisane były w.ksiazkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie taki egzemplarz a typowy rozwój, etap neofobii :) co raz więcej o tym piszą - na szczęście

      Usuń
  7. Moje dziecko lepiej jadlo jak zaczelismy rozszerzać a teraz jak może jesć wszystko to nie chce.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ojej! Kiedy to było?! Błędów chyba za dużo nie popełniliśmy, bo nasze dziecko je dużo i chętnie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty