sobota, 16 marca 2019

Człowiek to nie ssak!



Czy pominęłam jedną z lekcji biologii w szkole? Chyba, że to ewolucja pominęła nas, ludzi, z informacja, że "tak, oto od dziś kończymy z ssakowaniem, już nie należymy do tej grupy zwierząt, nie bawimy się w ssanie mleka matki, bo po co, tylko mleko zastępcze modyfikowane...". 

Nie, nie, nie! Nie mam nic przeciw karmieniu mlekiem modyfikowanym! Jeśli musisz/chcesz (w niektórych przypadkach to się uzupełnia), rób to. Nie chcę tutaj "zmuszać" nikogo do głodzenia dziecka. 

Jest tylko kilka rzeczy, które mnie denerwują, u niektórych matek (i nie tylko matek). Piszę to, bo jest pewien nurt kłamstw, powielanych już przez pokolenia, utrudniają one kobietom- młodym matkom życie. 

To już nie tylko one się wypowiadają w tej kwestii. Już i mężczyźni wiedzą lepiej! Też się łapałam, na kilka "prawd", powtarzanych najczęściej przez tych, którzy w ogóle nie mają pojęcia o czym mówią! ale teraz już wiem i... mówię stop! 

Nie zamierzam dłużej przytakiwać, by nie urazić, kogoś kto nie wie, czy się myli. Może następnym razem, zamiast chrzanić, popisze się "najnowszą wiedzą". I nie ma co tu patrzeć na wiek. Żadna przyjemność zwracać uwagę kobiecie w wieku naszych mam czy (jeszcze gorzej) babć. Jednak jaki mamy wybór? W milczeniu wysłuchać? Kłamstwa nie znikną w ten sposób. 

Jakie farmazony można usłyszeć? Proszę bardzo, to moja lista z ostatnich 10 miesięcy (kolejność przypadkowa):

- "karmienie mlekiem modyfikowanym jest bardziej wygodne"- (no oczywiście! że też u progu ery na to nie wpadli!) Usłyszane od matki, która przestała karmić w 4 miesiącu. Z ciekawości zapytałam, dlaczego?- bo tak wygodniej. Stwierdziła, że wszystkim. Zapewne! Nie mnie oceniać, proszę tylko zastanówmy się: komu wygodniej? Mężowi, który teraz też w nocy musi wstać przygotować mleko? Wam, myjącym butelki, kupującym mleko, smoczki, szczotki, ociekacze, czekającym na podgrzanie się wody? Dziecku plączącemu, bo nie rozumie, że przecież tak wygodniej, poczekać na to mleko? To Matce! jest wygodniej! I tylko jej. No chyba, że wyjęcie piersi, nawet nie całej to taaaki! wysiłek.

Nie miałam mleka. czy Nagle mi się skończyło.- Różne przypadki się zdarzają. Oczywiście, jest stres, który to najczęściej wpływa na "brak mleka".

Skąd ten stres? Nie myślcie sobie, że nie wiem. Ten, który najczęściej na nas wpływa, doskonale rozumiem. Pytanie: karmisz? Piersią? I pewnie odpowiadanie jest tak samo stresujące dla każdej matki! Każda karmi!!! Nie ważne jak! Ale... są osoby- w zasadzie 98% osób- nie, Nie samych kobiet- osób. Dotyczy to większości ludzi, z którymi młoda matka ma kontakt- osoba, musi wiedzieć JAK karmi. I się okazuje, że wiedzą lepiej:

- już w szpitalu, lekarz(!) patrząc na małego ssaka, wiszącego na twojej piersi, mówi ci: "no wie pani, nic z tego karmienia nie będzie"- skąd on wie? Z doświadczenia? Nie. Ze studiów? Nie. I to, że nie wie tego, jak nie ze studiów i pracy, co jest złe, to najgorzej- pracuje na porodówce i Nie wie! Powie jedno zdanie. Nie pomoże. Nie poradzi. Nie da wsparcia.- unbelievable!

- ściskając sutek (jak to położne,które pomagają przy przystawieniu) mleko nie leci- myśl- nie leci, znaczy nie mam mleka!- jeszcze gorzej gdy twoją myśl ktoś wypowie na głos- to nie prawda, nic tak nie stymuluje laktacji, jak ssanie, a naciskając tak brodawkę sutka, mleko wcale nie musi polecieć i to nie znaczy, że go nie ma.

- od każdej(!) matki słyszysz- "on to chyba głodny jest"- nic to, że dopiero! Przestałaś karmić i może to nie głód a niepokój, bo jakaś baba gada mu nad głową!

- "głodny jest"- jeszcze gorzej gdy za tymi matkami zaczynają tak powtarzać wszyscy w okół, bo słysząc porady "doświadczonych matek" myślą, że tak jest.

- "źle przystawiasz"- a co konkretnie robię źle? hm.. może to moje dziecko i ja! my! musimy się nauczyć i potrzebujemy na to praktyki i czasu... nie komentarzy.

- sąsiadka(!) wie lepiej, że karmić zaraz przestanę, bo ONA też(?) nie miała mleka, a swojej synowej też już poradziła, by na mm przeszła, bo jej wnuczek się na pewno nie najada, i pediatra też jej to powiedział...- cóż...

- "karmienie piersią? Za dużo internetów się naczytałaś"...- Hafija dzięki, że jesteś!

- "nie było mleka, to nie mogłam zagłodzić- tak po 2 dniach dałam mm, doradca? Zanim bym znalazła, z reszta to już za późno(!) było, bo już mleka nie było i laktacja padła"- po dwóch dniach? Jeszcze laktacja się nie zdążyła rozkręcić.

- "kazali dokarmiać/dopajać kleikiem/ herbatką/wodą z cukrem..."- tak jakieś 30 czy 55 lat! Temu!!!

- "jeszcze karmisz? Po pół roku to już woda"- o Dżizas!

- "jeszcze karmisz? Jak długo zamierzasz? No, no! nie za długo, bo później dziecko będzie co chwile przychodzić i publicznie podnosić ci bluzkę, a to: zboczone, nie wypada, dziwnie wygląda, jak zwierzątko..."- i co tu takiej/takiemu odpowiedzieć? na myśl przychodzą mi tylko równie chamskie odzywki, "na odczepnego", których odpowiedzi mnie nie interesują. Skąd to pragnienie wiedzy o moich i mojego dziecka sprawach...?

- "gryzie? Ugryzł cię już? Poczekaj na ząbki..."- najczęściej słyszane od mężczyzn... zawsze się zastanawiam dlaczego pada to pytanie? odpowiedź ich podnieca? czy o co chodzi?

i wreszcie:
- "Nie mogłam karmić..."- i tu tysiąc historii... historii kobiet oczekujących zrozumienia, współczucia... I tak. Mam. I jedno i drugie. Rozumiem, że nie mogłaś znieść bólu- tak też go czułam, przez ponad tydzień, naprawdę myślałam, że nie dam rady ani dnia dłużej, ani jedno karmienie więcej. Współczuję ci, że nie miałaś wsparcia wśród najbliższych albo wiedzy, czy "nasłuchałaś się" i zwątpiłaś. Może twoje hormony tak szalały, że straciłaś
wiarę, rozum, motywację? Ale! to słaba kondycja psychiczna czy presja otoczenia są powodem, przez który przestałaś/nie próbowałaś karmić- nie! "nie mogłam, bo..." nawet nie potrafisz tego wytłumaczyć. Tak, zdarzają się medyczne przypadki (jakieś 4% wszystkich kobiet), które z różnych powodów nie mogą karmić i one, jeśli to czytają, nie obrażą się na te stwierdzenia. Proszę skończmy z usprawiedliwianiem się i nazywajmy rzeczy po imieniu! Tak, chcę wiedzieć (jeśli już mi o tym mówisz), że nie karmisz, bo teściowa/lekarz/mama/koleżanka... wywierali na tobie presję, z którą nie potrafiłaś sobie poradzić- to jest prawdziwy powód do współczucia. I zrozumienia również. Nie wierzysz? Przeczytaj tekst raz jeszcze.

Wiecznie czyta się o stygmatyzowaniu matek karmiących mlekiem modyfikowanym. W około siebie, w realu raczej widzę na odwrót. Plus to pytanie jak się karmi i opowiastki jak to się nie karmiło, bo.. i że nie było mleka i że nie mogła, .. eh... trzeba raz na zawsze te kłamstwa koncernów zamknąć. Koleżance w ciąży powiedzieć, że da radę. Kobiecie na laktacyjnym zakręcie poradzić doradcę czy konsultanta laktacyjnego. Ewentualnie kobietę, która początek karmienia naturalnego (z sukcesem) ma już za sobą i podzieli się swoją wiedzą, doświadczeniami, da wsparcie. Sama takie dostałam i to od koleżanki, która nie miała kolorowego mlecznego początku. To ona też mi poleciła Hafiję do poczytania. I to informacja stamtąd o tym, że kobieta może karmić i wykarmić swoje dziecko, było przeze mnie powtarzane jak mantra.

To karmienie piersią jest NATURALNE? Jesteśmy SSAKAMI?
Jakie są Wasze doświadczenia? Mamy karmiące mm, jak to się stało? Jestem ciekawa Waszych historii.

Zdjęcie Daria Rudyk od Unsplash

poniedziałek, 11 marca 2019

Babeczko- bułeczki "idealne" do BLW


Polska, powitanie chlebem i solą. Do 12 miesiąca życia, należy unikać soli w diecie dziecka. Do tego nie przyzwyczajamy Kuby do jedzenia chleba na śniadanie, drugie śniadanie i kolację. Tak! odwaliło mi zupełnie! Jak to, bez kanapek? Gdzie są kanapki? Dawaj mi tu ją! 

My też jadaliśmy tak, zanim zaczęła się rewolucja przez/dzięki Kubie. Dodatkowo ten Maluch, nie radzi sobie ze sporą częścią sklepowego pieczywa- tak dajemy mu, a raczej próbujemy mu dawać pajdę chleba czy bułę! ;) Problem w tym, że większość zbija mu się w buzi w kulę! Jak to robi i dlaczego tak się dzieje- nie wiem. Wyjątkiem są tosty z chleba czy bułki, ale ile takich tostów można jeść? Nie mam też czasu na próby pieczenia chleba w domu (nigdy tego nie robiłam). 

Czasami jednak przydaje się taka buła, chociaż po to, by coś przegryźć "na szybko", w oczekiwaniu na porządne danie. Postanowiłam przygotować (i przy okazji wypróbować nowe foremki) coś pomiędzy bułeczką a muffinką. Przypadkiem zrobiłam "babeczko- bułeczkę" idealną dla Jakuba. Skąd ten zachwyt? Nawet gdy się trochę sklei, od razu po następnym naciśnięciu się rozdziela, jest lekko słodka, lekko wilgotna, nie kruszy się i łatwo odgryza- to jak inaczej określić jeśli nie ideał ;) 

Lecimy z przepisem!
Przygotuj:
  • 2 jajka
  • 1 serek bieluch
  • 1 łyżkę syropu klonowego
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 3/4 szklanki mąki: pół na pół owsianej i pszennej (700)
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Działanie:
Jajka roztrzepać. Dodać: serek bieluch, syrop klonowy, olej i wymieszaj. Dosyp mąki i proszek do pieczenia. Przełóż do foremek (ja używam silikonowych z ikei) i piecz w 180 stopniach u mnie 18 minut (do zrumienienia). Wyszło 9 sztuk






sobota, 9 marca 2019

Czasy się zmieniają (?)



Gdy zbliża się czas 6 miesiąca życia Twojego dziecka, jest to moment przełomowy (a właściwie jeden Z...). To od około 6 miesiąca zaczyna się rozszerzanie diety. Około, bo niektóre maluchy są gotowe do tego na chwilę przed (nie jak ma 5 miesięcy i tydzień, a raczej tygodnia czy np. 3 dni brakuje do skończenia 6 miesięcy) lub chwilę po. I tak, wiem. Wiem, wiem, wiem. Oznaczenia na słoiczkach, kaszkach czy "czym tam" informują, że: od 4 miesiąca życia. A nasze matki to już 3 miesięczniakom podawały: papki/zupkę/kaszkę/kleik/herbatkę*. Tak, oczywiście. Miały Nakaz** to tak robiły. My w XXI wieku doskonale już wiemy, dlaczego i skąd to wynikało. 

Więcej! My żyjący w tych wspaniałych czasach, mamy broń numer 1! Nie-wciskiwacz kitu/ prawdo mówca/ szukajcie a znajdziecie/ wiem wszystko o wszystkim i wszystkich- tak zwany INTERNET! I jego przedstawiciela- WUJKA GOOGLE! Szkoda, że nadal tak niewielu z nas potrafi korzystać z podstawowych jego funkcji... Nie! jak to?! A tak? Czujecie, że potraficie? Jeśli tak, to chwała Ci za to. To znaczy, że nawet "najpewniejsze źródło": mamy, babcie, koleżanki, pediatrę... sprawdzasz! Po co?- ktoś pomyśli. Bo życie zmienne jest. Czasy się zmieniają, mimo, że niektórzy twierdzą inaczej. 

Oto kilka przykładów, z mojego życia, od okresu ciąży, gdy "coś tam" sobie czytałam, na dotyczące mnie niebawem tematy i to co usłyszałam w zamian:
1) Karmienie piersią:
- Usłyszałam (U): karm chociaż 3 miesiące/6 miesięcy/rok/max 1,5 roku...; kup butelki; odciągaj i tak karm; nie uda ci się...
- Internet (I: jako źródło np. zaleceń WHO, nie forów mam): 96% kobiet jest w stanie karmić i wykarmić(!) dziecko. 
- Moje Realia (MR): karmię, w tym momencie Kuba ma 10 miesięcy, ile jeszcze przed nami? Ile będzie trzeba.
2) Karmienie mlekiem częstotliwość: 
- U: co 3 godziny/ co 4 godziny/ jak chce szybciej, to podaj mu herbatę/ sok... 
- I: na żądanie. 
- MR: na żądanie.
3) Przesypianie nocy: 
- U: powinien całą noc spać/ budzić się na mleko i płakać/ pół roku ma i jeszcze nie śpi całej nocy, daj mu kaszkę/ jeszcze się budzi na mleko? 
- I: budzenie się na mleko jest naturalne, w nocy pokarm jest bardziej wartościowy, dziecko potrzebuje bliskości, natura nas stworzyła na "czuwanie/sprawdzanie" czy nie grozi nam niebezpieczeństwo. 
- MR: nawet jak zjadł konia z kopytami na kolację, budzi się na to mleko ;)
4) Czapeczka: 
- U: po kąpieli/ na dwór/ w domu/ cały czas/ bo ucho zapalenie... 
- I: gdy wieje; na dwór- chyba, że upał; po kąpieli jeśli przeciąg. (Zapalenie ucha od wirusów)
- MR: naturalnie wyszło, że jak piszą w necie. 
5) Płacz: 
- U: bez przerwy/ ciągły/ najgorszy... 
- I: gdy dziecko potrzebuje czegoś.
- MR: jw

Przykłady można mnożyć do każdej prawie czynności.
Odpowiedzi też zależą od wielu czynników. 
Co na to babcia (85 lat) pamiętająca czasy przed wojna, (8 dzieci), mieszka na wsi, mówi: karmić minimum 1,5 roku; dobrze, że karmisz, nie martw się, dasz rade."
I tylko ona (!) wie jak jest, patrzy przez pryzmat natury! Zero zbędnych: dlaczego tak lepiej a nie tak.
Jednak i jej czasy minęły. Co się zmieniło? Musiałam jej wytłumaczyć, że muszę szczepić Kubę na 19(!) obowiązkowych szczepień, dlatego płace by było mniej wkłuć (w tym roku 2019 doszły jeszcze kolejne obowiązkowe). Nie mogła pojąć tego, jak to aż tyle? Po co tyle? Nie szkoda mi pieniędzy. Ona swoje dzieci też szczepiła. Były 2! szczepionki. Czasy się zmieniły. Tak, można wytłumaczyć, dlaczego wtedy dwie, a teraz tyle. Wujek Google znajdzie odpowiedź. I odpowie dla tych bardziej dociekliwych.

Wracając do szukania informacji: rozumiem, że taka Babcia po różnych przeżyciach: wojna, przesiedlenie, utrata mamy, starszy mąż, tylko kuzynki, ciotki, brak tv, tylko gazety, za daleko miasto, za drogie książki, wieś, prostota życia, słaba edukacja***, młoda matka... Nie szukała. Nie mogła. Nie wiedziała jak. Nie miała jak... szukać informacji, na temat tego, co najlepsze dla dziecka: różne metody, sposoby, rodzaje, podejście- do tego czy tamtego.
Babcie powojenne niby lepiej wyedukowane***, wiele z nich już "miastowe", biblioteki, wyjazdy... A tu taka propaganda: dziecko 4 miesiące do żłobka, Matka na etat, przodownik pracy, Państwo wykarmi... 
Nasze matki: jeszcze lepsza edukacja***, kupowanie książek, a i tak... 
Teraźniejszość: matki w sporej liczbie po mega (w porównaniu z tą Babcią z początku) edukacji***, z internetem (!), książkami, szkołami rodzenia... 
Nie rozumiem dlaczego! Dlaczego te wykształcone matki, nie maja odruchu sprawdzania źródła, drugiego końca kija, porównywania,  podpatrzenia u innych, czy wreszcie zastanowienia się. Tak ja również myślałam, że będę robić "jak w rodzinie robiono, bo lekarz powiedział, bo ktoś bardziej doświadczony..." i jak Kuba miał około dwóch miesięcy i walczyłam/ układałam sobie w głowie z tymi "podpowiedziami", oczywistościami... a cała wewnętrzna ja!- mama- wraz z dzieckiem- jego zachowaniem- krzyczeliśmy nie! I szukając internety, przychodziły różne podpowiedzi, rozwiązania. Próbowałam. Utwierdziłam się, że robiąc po swojemu- jest najlepiej. Zaczęłam rosnąć, a syn jeszcze mniej płakał. Teraz wiem.

Nie chcę dawać rad, poza jedną, którą sama dostałam: uwierz sobie i swojej intuicji- to ona jest ponad czasem.
Nawet jeśli cały Twój dotychczasowy świat ma się zmienić- zrób to. Zyskasz spokój, silę, wiedzę. Pokaż siebie.
I w razie wątpliwości, sprawdź i wybierz. To co dla Ciebie najlepsze. Zaczęłam rozszerzaniem diety i nawiązując do tego zakończę: podstawy BLW (Bobas lubi wybór) a tu pasuje raczej RLW- rodzic lubi wybór. Czyż nie?

*nieodpowiednie skreślić
**nakaz od lekarzy specjalistów
*** z tą edukacją nie chce uogólniać, przykład z otaczających moich/mojego męża/ koleżanek/znajomych krewnych.

Zdjęcie od hannahpirnie z Pixabay

poniedziałek, 4 marca 2019

Gofry Shreka



Gdy zaczęłam rozszerzać dietę Kubie, obiecałam sobie: i ja poznam nowe smaki, nowe połączenia. Wtedy (a było to zaledwie kilka miesięcy temu) nie wiedziałam jeszcze, że tak! to wszystko ewoluuje. Ja przygotowująca po 3-4 posiłki bez wcześniejszego planu? Niee. Ja czytająca etykiety? Co? Kupująca warzywa i owoce tonami? Eee? Wreszcie: ja Wymyślająca dania? Niemożliwe!! A jednak!

Co jest zdrowe, smaczne, niedrogie i nadaje potrawom piękny zielony kolor? Tak, to szpinak! Moją bolączką był szpinak z czosnkiem. Nie dlatego, że nie lubię. Co danie ze szpinakiem, w każdym przepisie ten czosnek. Ile ten niemowlak może go zjeść? Czy to powód by zrezygnować ze szpinaku? Internet i wertowanie. Ktoś użył gałki muszkatołowej, inny kardamonu... Czyli jak to zwykle bywa- można!

Gofry Shreka powstały z przypadku. Ochota na gofry "inaczej" i dostępne w kuchni składniki, plus zachwyt męża nad ich zielono- brązowym kolorem. Nie mogły nazywać się inaczej.

Składniki:
- 200g świeżego szpinaku
- 2 pomarańcze
- 2 jajka
- 2 łyżki zmielonych pestek dyni
- 2 łyżki masła
- 2 łyżki syropu klonowego
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1,5 szklanki mąki pszennej

Działanie:
Pomarańcze sparz wrzątkiem. Na małych oczkach tarki zetrzyj skórkę. Przetnij na pół i wyciśnij sok. 
Szpinak i masło zblenduj. Dodaj do tego: żółtka, skórkę i sok z pomarańczy, syrop klonowy, pestki dyni, przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszaj. Białka ubij na sztywną pianę i delikatnie wymieszaj ze szpinakiem. Smaż w gofrownicy wg. zaleceń producenta (tzn. że np. u mnie muszę ją posmarować olejem, ale robię to tylko na początku, gdy się rozgrzewa).


Cud, że udało mi się zrobić zdjęcia, bo gdy mąż z synem przyszli do kuchni, schodziły na bieżąco!




sobota, 2 marca 2019

Co z tymi Ciotkami?!



Odkąd pamiętam jedynymi ciociami dla mnie była siostra mojej mamy, kuzynki rodziców i siostry czy żony, braci moich babć czy dziadków. Rodzina nie jest bardzo rozbudowana, więc stosunkowo łatwo spamiętać. Na tym koniec. Jako dziecko bardzo mnie dziwiło, że córka naszej sąsiadki mówi do mojej mamy "ciocia". Jak to? To to też jakaś nasza rodzina? Ta dziewczyna to moja kuzynka...? No nie.

Innym razem słyszałam jak jedna z moich koleżanek mówi, że idzie do cioci (mamy innej naszej koleżanki- mieszkały w tej samej klatce- jedna na parterze, druga na czwartym piętrze). "To wy jesteście kuzynkami? Jesteście rodziną?"- pytałam. Ponownie nie...

Po jakimś czasie ten zwyczaj mijał, chyba wraz z wiekiem. To były jedyne takie sytuacje. W sumie nie jest to jakieś ważne i dominujące wspomnienie z mojego dzieciństwa. Dlaczego więc o nim wspominam?

Mam czwórkę rodzeństwa. Żadne nie ma jeszcze dziecka. Mam również kilka kuzynów i kuzynek- rodzicielstwo dopiero przed nimi. Jednak dla kilku dzieci jestem... ciocią! Nie z wyboru własnego. Właściwie AŻ tak mi to nie przeszkadzało, dopóki nie urodził się Kuba. Jak to? tak to. Mamy wcześniej wspomnianych dzieci, których rzekomą ciotką jestem, tytułują się CIOCIAMI mojego dziecka!! I to już mi TAK przeszkadza.

Co z tymi Ciotkami!?!? Jestem "ciocią" dziecka, które widziałam raz w życiu. BA! jej rodziców poznałam na imprezie, tego samego dnia, w którym podpowiedzieli swojej córce, by mówiła do mnie ciocia! Absurd! Inne dziecko, widziałam drugi raz, po ponad rocznej przerwie, ojca wyrywkowo znałam wcześniej, matkę też widziałam drugi raz. I jestem ciotką?? Ponownie to rodzice tak mnie przedstawili dziecku.

By nie zwalać wszystkiego na rodziców. Ciocie mojego dziecka to podobno wszystkie partnerki naszych znajomych, nasze koleżanki czy (jakimś cudem) koleżanki z pracy mojego męża(!), które poznałam pewnego dnia, gdy podeszłam z dzieckiem do niego do pracy. Były "ciociami" naszego dziecka, zanim je poznałam!

Gdy rozmawiam z koleżankami to posyłają swoje dzieci do żłobka "do cioć". Odwiedzając koleżankę idą "do cioci". Wszystkie kobiety zebrane w około rodziny to "ciocie". Koleżanki sprzed X lat, spotkane przypadkiem na przejściu dla pieszych to "ciocie"! WTF! Co z tymi Ciotkami!?!?

Jak w gąszczu tych "cioć", dziecko ma odnaleźć te właściwe? Tłumaczyć za każdym razem kto jest tak naprawdę kim, aż spamięta? Co jeśli "przywiąże" się, do którejś z wyimaginowanych cioć bardziej, niż do prawdziwej, bo częściej ją widuje? Czy któraś z "cioć", zastanawiała się przez moment, jak się czuje prawdziwa ciocia w tym gąszczu? Jak się czuje dziecko? Rodzina?

Tak, wiem, moje i inne dzieci są takie słodkie. To powód by chcieć być jego ciocią? Więcej! Nazywać się tak? Naprawdę brak Ci tej wyjątkowości? O to chodzi? Czy o bycie miłym? Nie można już być "panią", "panią- koleżanką mamy/taty", "panią Krysią" czy "panią Dorotką" z przedszkola?

Nie podoba się nam ta moda! Więcej! wypisujemy się z niej. Chcesz się czuć młodo (jeśli o to chodzi) powiedz nam i naszemu dziecku, by mówiło do Ciebie po imieniu! Nie? to pani/pan jest odpowiednie. Nie spoufalaj się tak.

Jest jeszcze (dla mnie najważniejsza) inna kwestia. Prawdziwe Ciocie mojego dziecka. To z szacunku do nich, nie chcę by te wyimaginowane, istniały w Jego/naszym życiu. Najważniejsze ciocie to moje siostry i narzeczona brata, są też kuzynki czy wieloletnie partnerki kuzynów, dalej nasze ciotki, które zostają bez zmian i ciotkami naszego dziecka. Ewentualnie nasze najlepsze przyjaciółki czy wieloletnie żony czy partnerki najlepszych przyjaciół. Sorry ale więcej ciotek nie przewiduję.

Naucz się być kobietą. Dorosłą kobietą. Nie jakimś podlotkiem z super zabawą w "ciotki". Rodzice! nie dajcie się wciągnąć w "bo tak robią wszyscy". Każdy popełnia błędy i my też przez chwilę daliśmy się wciągnąć w ten bezsensowny "wir ciotkowy".

Co ciekawe tak to nie funkcjonuje z "wujkami" a już na pewno nie na taaaką skalę.
Totalnie nie rozumiem tej mody, a Wy? Jestem ciekawa Twojego zdanie na ten temat? Może to ja źle to odbieram?

czwartek, 28 lutego 2019

Z dziennika: Jakubowe BLW część 4


Groźna mina do zdjęcia

Styczeń 2019 Zaczął się 8 miesiąc życia, 2 miesiąc, odkąd rozszerzamy dietę. Raz lepiej raz gorzej. Do gorzej ciężko się przyzwyczaić, ale pamiętamy: Kuba ma wybór, to on, jego organizm, intuicja... nie mam pojęcia co(!), wie najlepiej co potrzebuje. Pod koniec grudnia nie bardzo chciał jeść po prostu gotowanych warzyw. Już się zaczynają dania, lekko doprawione ziołami, pieprzem, papryką itd. Jedynie nie solimy i nie podajemy cukru (tego nawet magiczna granica 12 miesięcy tak szybko nie zmieni). Wprowadziliśmy kolację i przekąskę na drugie śniadanie lub podwieczorek. Kuba zmienił pory i ilość drzemek do dwóch. Dopija mlekiem, już mu nie proponuję przed posiłkiem, bo widzę, że czeka na nie (czasem niecierpliwi się- gdy zamulam). Tym sposobem, naturalnie się ustawiło, że w ciągu dnia pije mniej mleka.

11.01.19 Bywało różnie - zęby idą jak nic! Górne jedynki! Do tego tyle się działo- poświąteczne odwiedziny, skoki rozwojowe- nie wiem dokładnie jaka jest przyczyna, że tak zmiennie jest. 
Np. dwa dni temu: wyjedzone śniadanie- jajko, ogórek, tost, pomidor. Drugie śniadanie- placuszki z buraka + mus jabłkowy- do dna. Obiad: mięso kurczaka, ziemniaki, marchewka- w całości prawie nie tknięty. Wieczorem: budyń jaglany z karobem i bananem- pochłonięte.
Wczoraj: śniadanie kaszka manno-jaglana z gruchą, musem jabłkowym i cynamonem- wyjedzone. Obiad wyjedzone mięsko- ziemniaki i kalafior zostały. Kolacja: gofry suche + banan- wszystko zniknęło. 
Dziś śniadanie: jajko, gofry, pomidor i ogórek- słabo jedzone. Drugie śniadanie- banan. Obiad: ryż z sosem pomidorowym z ziołami + jajo po śniadaniu- jako tako. I kolacja placuszki z jabłkami- pusta miska. Skąd te różnice? 

23.01.19. Od 2 dni kryzys- nie chce jeść sam. Może spowodowane tym że się  zęby- górne jedynki w końcu(!) się przebiły, siadanie, próby raczkowania i "mówienia": mama amam, ko (kot).

26.01.19.  Je "w pół karmiony" ale też, dla zabawy, część wypluwa... na podłogę. Kolejne dwa zęby! W tydzień to już łącznie 4! I do tego w 2 tygodnie najpierw siadanie, by po chwili raczkowanie! Nic dziwnego, że nie ma ochoty na jedzenie. Na drobne i mokre posiłki- nawet tak, ale najlepiej karmiony je. Sam się domaga karmienia (am am, otwiera buzię i czeka, jak nie chce już czy nie to mu podaję to za nic tego dzioba nie otworzy).

28.01.19. Od rana je Sam! Kryzys za nami!!! Śniadanie: płatki jaglane z czarną porzeczką, syropem daktylowym i musem jabłkowym. Drugie śniadanie: bieluch ze szczypiorkiem i tosty z bułki na maśle. Obiad: makaron z brokułami i sosem mlecznym. Kolacja: gofry. Wszystko powyjadane prawie do czystego talerzyka!

30.01.19. Bywa, że je mało na obiad lub prawie nic.


Taaki uśmiech po makaronie ze SZPINAKIEM ;)


Jednego dnia deszcz, drugiego słońce- jak widać nie tylko pogoda zmienną jest. Jak już pewnie zauważyliście, nie jestem zwolenniczką ortodoksyjnego BLW i gdy widzę, że Kuba daje mi znać, że np. nie chce jeść sam czy chce przyspieszyć jedzenie (bo głodny)- pomagam mu. ALE! nie wpycham mu jedzenia na siłę. Nie zje wszystkiego? Trudno. Niczego nie tknie- bywa. Weźmie do buzi, by po chwili wypluwać- mogło być gorzej. Chcę przez to powiedzieć, że nawet gdy karmię go łyżeczką, to nadal ON tym steruje- ale... nie jest to łatwe. Trzeba się pilnować by nie przekroczyć pewnej granicy.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Placuszki z buraków



Placuszki to jedno z najpopularniejszych dań w naszym domu, odkąd Kuba z nami je kolację. Konkurują z goframi, rzadziej naleśnikami. Jeszcze rzadziej na wieczorny posiłek mamy coś innego, jak np. pizza, zapiekane warzywa itd.

Nasza miłość do takich kolacji jest dość świeża, bo trwa zaledwie od tego roku. Na początku stycznia, chłopak skończył 8 miesiąc życia i jakoś naturalnie wyszło, że wieczorem zaczął się domagać jedzenia. Na początku nie wiedziałam, co tu dzieciakowi podać. Szukałam, co podają inne blogo/insta matki i... wyszło, że naleśniki! (?!)

No masz! Odkąd parę lat temu (jakieś 10) pochwaliłam mojego obecnego męża, że robi najlepsze naleśniki, tak przez te lata to on je robił. Ja pamiętając sterczenie nad patelnią, gdy raz w domu rodzinnym, postanowiłam usmażyć naleśniki na obiad (dla 7 osób!), nienawidziłam tego!
No i "przydarzył" mi się ten dzieciaczek, którego czymś wykarmić trzeba.

Uroczo wyglądające, chociaż mało "męskie" naleśniki buraczane, wydawały mi się idealne na kolację. Znalazłam przepis, krok po kroku iii... na patelni katastrofa! Wszystko się rozpadało! Szkoda ciasta, może usmażę mniejsze- placuszki. Udało się! Nie tylko placuszki, ale smak, konsystencja, forma- tak naprawdę nie wiedziałam co było powodem tego, że Kuba zjadł wszystko! I jeszcze więcej! Tak zrodziła się kolacyjna "tradycja" placuszkowa (ciekawe na jak długo?)!

Po pewnym czasie, nie ma co już szukać przepisów, jest pewna zasada, ilość składników, konsystencja... dobra! Po prostu "z przepisów" zawsze mi czegoś brakowało! Starym zwyczajem zaczęłam kombinować. Idzie mi to co raz lepiej!

Na wspomnienie tych pierwszych placuszków, postanowiłam zrobić swoją wersję buraczanych. Z jabłkiem, ciut cytryny, bo kolor... o żesz!... brak cytryny! Była jednak jedna, od dłuższego czasu czekająca na niewiadoma co, pomarańcza. Hmmm... to lecimy.

Przygotowanie:
• 3 niewielkie buraki (ugotowane czy upieczone do miękkości)
• 1 duże jabłko
• 1 pomarańcza
• 1 jajko
• 3/4 szklanki mąki owsianej
• 2 łyżki zmielonych pestek dyni
• 1 łyżka oleju

Działanie: 
Trzemy na tarce- buraki na średniej wielkości oczkach, jabłka na dużych oczkach.  Dodajemy wyciśnięty ręcznie sok z pomarańczy. Resztę, w której pozostał sok, rozdrabniamy i również dodajemy. Wbijamy jajko i mieszamy. Teraz dodaj resztę składników i ponownie wymieszaj. Smaż na suchej patelni.



Jakimś cudem (?) trzy placuszki zostały nam na następny dzień. Kuba z tatą podzielili się nimi na drugie śniadanie. Na zimno też pycha!


Człowiek to nie ssak!

Czy pominęłam jedną z lekcji biologii w szkole? Chyba, że to ewolucja pominęła nas, ludzi, z informacja, że "tak, oto od dziś ...